Art of War Too – sprawozdanie z turnieju Flames of War

By | Październik 5, 2015

Tydzień temu miałem wielką przyjemność wziąć udział w turnieju Art of War Too. Zawody odbyły się w The Sanctuary Gaming Centre w miejscowości Sutton In Ashfield. Format to okres Late, pierwsze dwie gry graliśmy rozpiskami na 1675 punktów, kolejne dwie na 1750, a ostatnią, piątą bitwę na 1800. Rozpiski mogły dowolnie się od siebie różnić, musiały jednak pochodzić z tego samego briefingu. Punktacja taka jak w podręczniku Flames of War, ale przemnożona przez 3 i z bonusami za wybicie 1/3 lub więcej niż połowy plutonów przeciwnika. W turnieju wzięło udział 42 graczy, głównie z UK, choć był desant z USA i Nowej Zelandii. Turniej odbywał się w bardzo malowniczym miejscu – przerobionym na centrum gier starym kościele. Był też bardzo fajnie zorganizowany. Bardzo sympatyczna atmosfera, dobre jedzenie, ciekawe stoły i bardzo fajne nagrody. Każdy uczestnik dostał także broszurkę z rozpiskami wszystkich przeciwników – to bardzo fajna sprawa, jak ktoś ciekawy mogę posprawdzać kto czym grał, a grano prawie wszystkim, briefingi powtarzały się bardzo sporadycznie. Ja zdecydowałem zagrać kanadyjską piechotą w RAMach. Trochę dlatego, że to fajna rozpa, trochę, że od jakiegoś czasu doprowadzam moje armijki do w miarę jednolitego wyglądu i teraz padło na Kanadyjczyków. Grałem dwoma plutonami piechoty w RAMach, plutonem Universal Carrierów (z lub bez .50 w zależności od punktów), plutonem WASPów, sześcioma 6-funtówkami z transportem, plutonem moździerzy, baterią artylerii rakietowej i w zależności od punktów plutonem M10/17pdr lub plutonem czterech Shermanów (w tym dwoma Firefly’ami).

Pierwsza gra przeciw sowieckim weterańskim saperom poszło mi słabiutko. Graliśmy Cauldron, o tym, że będę się bronił zdecydował rzut kością (obie rozpiski to piechota z auto-atakiem). Zaczęło się dobrze – Materace, które budziły zdziwienie na tunieju jako bardzo słaba artyleria, jak zwykle pokazały lwi pazur, wybiły prawie do zera jeden pluton saperów, drugi poległ od ognia piechoty i przegrał assault z bohaterskimi Kanadyjczykami i wtedy, mimo, że przeciwnik nie miał na stole niczego czym mógłby mi zaszkodzić (tylko artyleria została i 2 podstawki z plutonu saperów) kości pokazały, kto tu rządzi. Po assaulcie i ostrzale artylerii miałem 3 plutony poniżej połowy (na 4 w ogóle), rezerwy nie wyszły i nie zdałem 5 kolejnych testów morale (3 dla plutonów z jednym przerzutem i morale kompanii). Przegrałem wygraną bitwę. Muszę powiedzieć, że praktycznie mnie to w ogóle nie ruszyło, być może dlatego, że miałem mały kryzys wargamingowy, bardziej miałem ochotę zrobić sobie dioramkę na półkę i pomalować coś większego niż dłubać przy 15mm. W każdym bądź razie przeszedłem nad ta porażką do porządku dziennego, postanowiłem nawet nie zmieniać kości (grałem kostkami zrobionymi specjalnie na turniej, które każdy na początku dostał i których nikt nie używał, bo były podobno kiepskie, z czym się nie zgadam 😉 ). Wynik 2-5.

Druga bitwa przeciw niemieckiej średniej pancerce – PzIVJ, Hornissy, zwiad w Luchasach. Misja Pincer. Broniłem się. Figurki przeciwnika były bardzo ładnie pomalowane, choć kamuflaż zimowy średnio pasował do stołu. Niemcy szli ku moim pozycjom i strzelali się z 6pdr z ambusha i z plutonem M10. Jak zwykle solidne wsparcie dawały materace i po bitwie bez taktycznych fajerwerków dość pewnie wygrałem. Kości mi tym razem szły dobrze, a materace jak co bitwę zaliczyły parę czołgów i parę ważnych baili. Wygrałem 5-2.

Trzecia bitwa to Free for All przeciw amerykańskiemu zmechowi. Choć grało się bardzo przyjmenie, i mnie i przeciwnikowi bitwa ta zamknęła drogę do dobrego miejsca w tabeli. To nie jest najlepsza misja turniejowa, a już w ogóle słabo się sprawdza przy dwóch rozpiskach w gruncie rzeczy piechotnych. Na moje szczęście po błędzie na początku gry – nie zaszarżowałem plutonu 3 Shermanów (w tym zbailownaego Jumbo i Easy8) przeciwnik przestraszył się szarży WASPów i plutonu piechoty na jego objectivy i cofnął swoje siły, które zagrażały mojemu objectivowi. Myślę, że gdyby kontynuował natarcie mógłby tą grę wygrać – dużo zależałoby od assaultu, a tu różnie bywa, plutony brytyjskiej piechoty są dość duże i zazwyczaj dobrze sobie radzą, ale przewaga była po jego stronie. Cofając się stracił jednak szansę. Pozdawaliśmy po 2 testy morale plutonów na gracza i zakończyliśmy grę remisem bez żadnych strat. Dostaliśmy po 6 dużym punktów za obopólna przegraną. Gra była bardzo sympatyczna i znów bardzo solidnie wypadły Materace. Właściwie co bitwę powtarzała się sytuacja, że po pytaniu o AT i FP nikt do nich nie strzelał w pierwszej turze, bo w końcu co może zrobić AT3. Po pierwszej salwie się to zmieniało. Jak pod wzornikiem jest 7, 9 czy 11 czołgów to zawsze ze 2 czołgi zostaną zniszczone. Wynik końcowy 2-2.

Pierwszy dzień poszedł mi więc średnio, ale byłem bardzo zadowolony z gier. Każda była sympatyczna i grało mi się bardzo dobrze, zupełnie na luzie.

Niedziela zaczęła się od Fighting Withdrawal. Lubię tą misję. Wypadło mi grać przeciw lekkiej amerykańskiej pancerce na Stuartach. Bardzo dużo czołgów – 3 plutony Stuartów, pluton sześciu Shermanów 105mm, pluton M10 i recce. Broniłem się. Do ambusha poszły 6pdr. Udało mi się wystrzelać dość szybko 2 plutony Stuartów – 6-funtówki są do tego idealne, ale trzeci pluton wraz z 105mm dał się bardzo mocno we znaki moje piechocie. Materace co turę coś niszczyły, a to Stuarta, a to Shermana, przeciwnik miał na objectivie kilkanaście czołgów, ja broniłem się coraz to mniejszym plutonem piechoty (105mm coś tam czasem trafiały) i mogło byc różnie, ale czas się skończył. Graliśmy dość szybko, ale bitwa trwała tylko 2 godziny 10 minut, mieliśmy liczne rozpiski, co turę kolega rzucał wiaderkiem kości przeciw mojej piechocie i nie zdążyliśmy dograć do końca. Skończyło się z lekką przewagą przeciwnika, ale trudno mówić, że miał wygraną grę. Straciłem dwa plutony – UC i WASPy, przeciwnik 3 (recce, i 2x Stuarty), a 105mm były już w połowie zniszczone. Bitwa znów bardzo sympatyczna. 4-3 dla mnie.

Ostatnia bitwa to Counterattack i Comety naprzeciw. Po raz pierwszy miałem możliwość ataku w nocy i użycia RAMów, więc nie zastanawiając się bardzo skorzystałem z niej. Gra była dość dokładna, tzn przeciwnik pilnował zasięgów (moich i swoich), dystansów, kilka razy niezgodziliśmy się co do pewnych reguł, ale mimo to, bardzo koleżeńska. Ot po prostu graliśmy dokładnie według zasad. Comety to dość odważny wybór – szczególnie, że było ich sporo – do tego SAS w Jeepach. Nie jest to może super rozpa, ale w rękach dobrego gracza (a przeciw takiemu grałem) da się tym grać i wygrywać coś od czasu do czasu. Z mojej strony taktyka była prosta – jedziemy na objectiv. Dzień wstał bardzo szybko, więc musieliśmy zacząć się strzelać. Materace + pluton Shermanów dawały radę. Szarża piechoty też dorzuciła trochę. Jako, że była to ostatnia bitwa byliśmy trochę rozluźnieni i czas nam upływał na różnych rzeczach, zaczęło nam go pod koniec brakować. Byłem przekonany, że to przegram, bo jako atakujący musiałem zdobyć objectiv, żeby wygrać, ale pomógł mi przeciwnik. W mojej przedostatniej turze zaszarżowałem piechotą, którą w rozpaczliwym manewrze rzuciłem na drugi objectiv (do zdobycia pierwszego zabrakło mi czasu, mimo wystrzelania Cometów, w okolicach czaiły się resztki Jeepów i one co turę wjeżdżały w objectiv nie dając mi wygrać) pluton Cometów, które wycofały sie z Assaultu. Skonsolidowałem się w kierunku objectivu i skończyłem turę. Piechota była mocna wytrzebiona, zostały mi chyba tylko 4 podstawki i Comety postanowiły zaszarżować w swojej ostatniej turze, nie wiem czemu, bo ewentualna wygrana nic nie zmieniała, poza może tym, że w ten sposób ja nie mógłbym ich zaszarżować w swojej ostatniej turze (a miałem szansę zniszczyć całość sił przeciwnika, 2 plutony Cometów już nie istniały, na stole były 2 Jeepy, 2iC i 2 Comety). Zaszarżowały, nie trafiły, ja nie zdałem testu na kontrszarżę i musiałem się wycofać i w tym momencie zorientowaliśmy się, że moja piechota jest mniej niż 10 cali od objectivu i ma 6 cali ruchu w odwrocie, a jego czołgi są dalej i mają tylko 4 cale konsolidacji. Zająłem więc objectiv i wygrałem. 4-3.

Sumując zająłem 20 miejsce z 51 punktami i dostałem nagrodę dla najlepszego newcomera, z czego się bardzo cieszę, bo nagroda ta, to, oprócz boksa Panter z PSC i plutonu SS z Forged in Battle, ręcznie malowany specjalnie na tą imprezę obrazek. To świetny pomysła. Do każdej nagrody (miejsca 1-3, malowanie w 3 kategoriach, newcomer, sportowe zachowanie, najlepszy stół) dodawano taki obraz, widać je na zdjęciach. Podsumowując, świetna impreza. I lokalizacja i gracze i atmosfera i smaczki – obrazki, listy armijne w broszurce, kostki z logiem imprezy dla każdego, pojawiające się co jakiś czas w różnych miejscach sali zdjęcia uczestników z żartobliwym komentarzem – na wysokim poziomie. Przeszedł mi kryzys flamesowy.

Poniżej trochę zdjęć, przepraszam za jakość, ale to tylko komórka, bo nic innego nie mam obecnie na stanie.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 15 16 17nag

3 odpowiedzi na “Art of War Too – sprawozdanie z turnieju Flames of War”

  1. Zorg pisze:

    Brzmi jak fajowy turniej. A który obrazek ze zdjęcia ty dostałeś? :)

    • sgr pisze:

      Z mostem i spadochroniarzami – ten po prawej co leży praiwe na płask (powyżej niego obrazek z 3 czołgami i połową czwartego). Turniej bardzo fajny zdecydowanie. Na następny jadę chyba dopiero w lutym (Corrivalry).

  2. Patrol pisze:

    Dostałeś nagrody tak jak byś wygrał 😀 w Polsce by był skandal !

Dodaj komentarz